Julia Keilowa. Metaloplastyczka na nowe czasy – Małgorzata Czyńska
To jedna z tych książek, które zamawiam minutę po tym, gdy o nich usłyszę. I jedna z niewielu, które otwieram i czytam właściwie na raz, gdy dotrą. Reszta, choćby zakupiona najbardziej kompulsywnie, trafia zazwyczaj na jedną ze stert na kiedy indziej. „Julia Keilowa” pojawiła chyba za sprawą jakiegoś vloga. Krótka recenzja. Bam! Wielkie oczekiwania.
Kim była Julia Keilowa
Siadłam do tej biografii, wiedząc nic o jej bohaterce. Ale szybko przyszła refleksja, że gdzieś już musiałam na to nazwisko trafić, bo artystki i rzemieślniczki dwudziestolecia zasilały dość licznie kilka podobnych książek. Przewijały się przy okazji Krahelskich, Posełek, pewnie też opowieści Springera o Hansenach. Tam, gdzie wystawy światowe, opisy artystycznego środowiska tamtych czasów – tam musiała się pojawić Keilowa. Tym bardziej, że i tutaj rozpoznawałam inne nazwiska, o których w tym kontekście już gdzieś, kiedyś, coś czytałam.

Trochę obok
Przebiegłam przez książkę w jeden wieczór, obszerne fragmenty czytając z uwagą, inne raczej omiatałam wzrokiem. Nawet przy zdjęciach zatrzymywałam się na dłużej niż przy opisach wnętrz czy relacji ze spotkań kogoś z kimś (bywa nawet, że nie samej Keilowej czy jej męża). Bo to niby ludzie jakoś w tej historii osadzeni, ale całe ich znaczenie dla opowieści opierało się o nazwiska. Że to akurat z tym poetą czy tym artystą znali się i zadawali Keilowie. Jasne, jest to określona panorama, zapis relacji, może nawet wpływów. Ale czy dla sztuki samej Julii, dla jej losów szczególnie istotne? W najlepszym razie: trudno ocenić.
O czym to jest? Ale tak naprawdę?
I jak to w przypadku tych kompulsywnie kupionych i jeszcze łapczywiej czytanych książek, uwierzyłam, że to historia ekscytująca jak anegdota towarzysząca recenzji. Ale 200 stron w twardej oprawie to: ta anegdota, sporo ilustracji i… wypełniacze: opisy pracowni zaprzyjaźnionych malarzy (okiem innych malarzy), streszczenia zamysłów architektonicznych Saskiej Kępy, cytaty szeroko opisujące sytuację społeczno-polityczną. Nawet adresowanie książki do czytelników kompletnie nieznających kontekstu nie przekonałoby mnie, że to właśnie tak warto było konstruować.
Tak, widać tu pracę researcherską. Tak, wyraźnie widać splatanie wątków, próbę uszycia większej całości ze skrawków rozrzuconych w przedwojennych pamiętnikach, relacjach prasowych, katalogach wystaw czy ksiąg parafialnych.
Ale nie mogę opędzić się od myśli, że ta opowieść byłaby o wiele lepsza, gdyby była skondensowana. Że to jest materiał na obszerny tekst prasowy. Forma książkowa to jest może jedyna szansa, by ta historia trafiła do szerszego grona, nie była tylko efemerycznym wspomnieniem z jednego numeru czasopisma. I tylko tak się to broni. Bo to w przypadku zapomnianych artystek szczególnie istotne
Julia Keilowa. Metaloplastyczka na nowe czasy
Małgorzata Czyńska
wyd. Marginesy
